W czerwcu tego roku zrobiłam ankietę dotyczącą podatków. Jej wynik był do przewidzenia - idea podatków jest ok, ale system podatkowy w Polsce "lekko" kuleje. Ale nie o tym chciałam pisać, bo to raczej oczywistość jest, że podatki w Polsce należałoby zreformować od podstaw... Gdy oglądałam poszczególne arkusze ankiet, byłam coraz bardziej przerażona. A wszystko przez jedno pytanie, które zadałam.
Dla
sprawdzenia, jak ankietowani traktują przestępstwa podatkowe, poprosiłam ich o
ocenę wagi poszczególnych przestępstw w skali od 1 do 10 (1 - mała waga, 10 -
duża waga). Oto wyniki ze średnią oceną:
1)zabójstwo 9,75;
2)pedofilia 9,54;
3)gwałt 9,34;
4)jazda samochodem po pijanemu 8,59;
5)znęcanie się nad zwierzętami 8,02;
6)pobicie 7,78;
7)kradzież 7,59;
8)zastraszanie 7,54;
9)hakerstwo 5,58;
10)łamanie
praw autorskich („piractwo”) 5,36;
11)różne
oszustwa podatkowe 5,20;
12)obrażenie
symbolu narodowego (np.flagi) 5,19;
13)aborcja
4,69;
14)praca
„na czarno” 3,20;
15)picie
w miejscu publicznym 3,10;
16)przechodzenie
na czerwonym świetle 3,08;
17)nieoddanie
PIT-u w terminie 2,78.
Wyszło z tego wszystkiego kilka śmiesznych dość wykwitów, niespójności lub głupoty w czystej formie, a najprawdopodobniej cała kupa wiary w "niezależne myślenie" polskiego społeczeństwa. Wskutek ślepego ulegania propagandzie medialnej większość ludzi orzekło, że:
a) jazda po pijanemu* jest jednym z najgorszych przestępstw w naszej rzeczywistości (to jest gorsze niż pobicie!);
b) znęcanie się nad zwierzętami jest poważniejszym przestępstwem niż pobicie człowieka. Czyli łatwiej nam przeżyć, jak pobiją nam brata/dziecko niż ukochanego psa/kota?
Wielu by w tym momencie wysunęło argument o niewinności i niemożliwości obrony zwierząt. A o tym zaraz.
c) aborcja** jest jednym z najmniej istotnych przestępstw! Nie dość, że nie jest już w żaden sposób porównywalna z zabójstwem, to jeszcze nawet nie dorównuje męczeniu zwierząt. W NAJGORSZYM wypadku męczenia zwierzęcia ta istota ta umiera. Podczas aborcji niemal ZAWSZE. Więc konsekwencje dla głównego zainteresowanego są poważniejsze podczas aborcji. To czemu to jest tak zignorowane?
Mówi się, że zarodek nie jest myślący, nie ma świadomości istnienia, więc można go zniszczyć. To zwierzęta myślą i są samoświadome? Od kiedy?
No i ostatnie - powracamy do sprawy o niewinności i niemożności obrony siebie. Argument tak chętnie wystawiany przez obrońców zwierząt. Dlaczego nie ma analogii do sprawy aborcji?!
Bogu dzięki, że ostatnie trzy miejsca oznaczają jakieś ograniczenie dla głupoty na tym świecie - PIT i czerwone światło są nieznaczące (Hip-hip! Hura!!!). Jednak jakoś tak dziwnie obawiam się, że za kilka lat picie w miejscu publicznym będzie ponad kradzieżą i pobiciem - bo alkohol jest największym wrogiem. A "ochrona środowiska" będzie ważniejsza od życia jednostki - bo trzeba poświęcić się dla ideologii.
Żegnam i idę wgłębiać się w tajniki naszego społeczeństwa i podatków w Polsce ;)
* wyniki wagi tego "przestępstwa" są i tak zaniżone przez "prawicowych radykałów" niepoprawnych politycznie - ok. 5% ankietowanych dało ocenę 1 (mój mężczyzna zauważył, że dziwnie pokrywa się z ilością głosujących na UPR...), Reszta to 9-10.
** wyniki o wadze aborcji mogły być wypaczone przez sprawę z Agatą. Jednak przeraża, że wypaczenie pochyla się na tę stronę.
Alice obudziła się nagle, czując, że ktoś głaszcze jej rękę. - Dzień dobry - szepnął Seni, podając jej świeżą herbatę z cytryną. Uśmiechnął się i pocałował ją w czoło - Dzień dobry, moje spełnienie. Alice rozejrzała się naokoło ze zdziwieniem, spojrzała na Seniego, jakby go nie znała. Co on, jej najlepszy przyjaciel, robił nagi w jej domu? Jak się tu znalazł i czemu się tak zachowuje? Przecież wczoraj byli tylko w knajpie na piwku, a potem... - Cholera! - dotarła do niej cała prawda o ostatnim wieczorze. Dziewczyna z krzykiem podniosła się, rozlewając herbatę. Stała tak kilka sekund, po czym zauważyła swoją nagość, porwała kołdrę i z olbrzymim rumieńcem na twarzy patrzyła na rozwselonego całą sytuacją Seniego. - Nie śmiej się, tylko idź po coś do wytarcia tej herbaty! - Zakomenderowała groźnie. - Dlaczego ja? - wydobył z siebie ciche parsknięcie, wyraźnie się powstrzymując od donośnego rechotu. - Bo ja jestem naga! - A ja może ubrany? - Przestań żartować! Zaraz przyjdzie policja i będziemy się musieli tłumaczyć, że całe nocne zdarzenie to był wybryk poalkoholowy! - Ale o czym ty mówisz? - radość zeszła z twarzy chłopaka. - Tyle razy tłukliśmy sobie do łba, że nie możemy ze sobą być, bo to bez sensu, to same kłopoty, a teraz... Dobrze wiedzieliśmy, że to szczeniackie zaloty, nie może się przerodzić w n i c więcej! Seni zdawał się być zbity z tropu. - Ale... o czym ty mówisz? Wczoraj twierdziłaś co innego. Że zacytuję: "Pierdolić konsekwencje, będziemy zawsze razem!". - Byłam p i j a n a. Czy mam ci przypominać rzeczywistość? - Rzeczywistość jest głupia! - Ale jedyna. Zapamiętaj - ty jesteś czarny, ja jestem biała. Ty jesteś z afrykańskiej dzielnicy, ja z europejskiej, ty jesteś przydzielony do religii poligamicznej, ja do monogamicznej. Doskonale wiesz, że nie wolno nam być razem. - Owszem, wolno! - Ale jakie to życie? Nie chcę tak! Ciągle pod kontrolą! - A teraz jest inaczej? Ich kłótnia nie miała się zakończyć. Usłyszeli dzwonek do drzwi. - Chwileczkę! Zaczęli szybko się ubierać, lecz ledwo założyli bieliznę, już ubrany w granatowy mundur z różowymi naramiennikami policjant wszedł do pokoju. Seni aż podskoczył. - Jakim prawem...?! - Ostatnia poprawka do ustawy o bezpieczeństwie. - przerwał spokojnie policjant - Mamy dostęp do każdego mieszkania, gdy tylko podejrzewamy łamanie prawa. Nie możemy pozwolić, by obywatel przykładowo narkotyzował się w kącie swojego mieszkania lub co gorsza popełnił samobójstwo. - Świństwo! - Może - mówił nadal tonem pozbawionym emocji - Ale nie w tej sprawie tu jestem. Dzień dobry, jestem Allen Frown, wydział seksualny i nauk o rodzinie. Domyślacie się czemu tu jestem? - Tak, właśnie na pana czekaliśmy, dzień dobry. - rzuciła ironicznie Alice, odwracając się do Seniego i pokazując mu język - Ja jestem Alice Lukey, a to niejaki Seni, mój alkoholowy wybryk wczorajszego wieczoru. Seni nie powiedział nic, tylko usiadł na fotelu wpatrzony w ziemię. Alice również usiadła, przewidując długie spotkanie ze stróżem prawa. Cisza była denerwująca, oboje czekali na to, aż policjant przekartkuje swoje notatki i zacznie mówić. Cokolwiek. - No więc, proszę państwa, najpierw sprawdźmy tożsamość. Alice Lukey, dziesiąte pokolenie Szkotów, zamieszkała w Anglojęzycznej Dzielnicy Wielkiego Miasta, numer mieszkania 12 583? - Tak. Allan zwrócił się do Seniego. - Senkale Senkale, piąte pokolenie Masajów, zamieszkały w Dzielnicy Afryki Wschodniej Wielkiego Miasta? - Tak. Policjant spojrzał na nich, jakby się nad czymś zastanawiał, nagle mu coś zaświtało w głowie, wyjął małe pudełeczko z kieszeni i włączył. Teraz całą rozmowę nagrywał, by mogli ją usłyszeć szefowie poszczególnych działów jakości rasowej i kulturowej. - Zacznijmy od początku. Jakim prawem zna pan angielski? - Coś się pan nie przygotował... - Seni pozwolił sobie na uszczypliwość. Po tym, co powiedziała Alice już nic go nie obchodziło - Jestem ambasadorem Masajów. Uczę tych zza muru, że my też mamy kulturę. Tylko inną. - Proszę odpowiadać prosto i bez żartów! Pozwoliliście sobie na poważne przestępstwo, występując przeciwko rasom, które reprezentujecie i przeciwko Narodom Zjednoczonym Ziemi! - Pieprząc się? - wymsknęło się Alice. Oboje parsknęli śmiechem. - Spokój! - policjant wydawał się być wytrącony z równowagi. Nie spodziewał się takiego szczeniackiego pyskowania. - Od dwustu lat w ramach programu UNESCO walczymy o czystość ras, o taki wygląd świata, z jakim mieliśmy do czynienia na początku istnienia ludzkości. Alice to dziesiąte pokolenie, jeden z niewielu tak doskonałych osobników. Z kolei piąty potomek Masajów to największy sukces naszego programu. Wszystkie geny afrykańskie były tak rozmyte, że twój charakterystyczny wygląd to cud! A wy, szczeniaki, chcecie to zaprzepaścić! Alice mimowolnie spojrzała na swojego przyjaciela. Wysoki, umięśniony, choć bardzo szczupły. Nie był piękny, nie był ideałem propagowanym jej przez całe życie - angielskim średniakiem, ale to właśnie ją w nim pociągało. Allan wyłapał jej spojrzenie i od razu zareagował. - Ej, wy dwoje. Nim dalej pogadamy, ubierzcie się. Alice i Seni byli przygaszeni. Ubierali się udając, że siebie nie widzą.
- W moich dokumentach jest wyraźnie napisane, że na początku waszej zażyłej znajomości zostaliście powiadomieni o zakazie mieszania ras, konsekwencjach seksualnego zbliżenia dwóch jednostek z innych grup genetycznych, a także podpisaliście deklarację o aseksualności związku. Czy tak było? - Tak - odparli jednogłośnie, beznamiętnie. - Czemu deklarację pani złamała, pani Lukey? Alice niepewnie spojrzała kątem oka na Seniego. Ten udawał, że nie słyszy i nie widzi. Głupi! Daj znać, co robimy! - pomyślała, lecz chłopak nadal przypominał nieruchomy kamień - A mam cię gdzieś, zrobię swoje! - Alkohol. Za dużo wypiliśmy. Tylko tyle. - wydawało się, że Seni na te słowa nie zareagował. Zdradzały go jednak coraz mocniej zaciśnięte pięści. - Tylko tyle, powiada pani. - tu mundurowy zwrócił się do chłopaka - tak było, panie Senkale? - Mhm. - odburknął. - A ja mam dziwne wrażenie, że tak nie było. - Jak pan śmie! - Alice nie wytrzymała napięcia. - Był tam pan?! - Tak się składa, że akurat spałem ze swoją żona, siódme pokolenie, Walia. - To czego się pan czepia? - Tego - wyglądało jakby wziął do ręki długopis i go włączył. Ale zamiast wkładu, pojawiła się smuga światła. Cała trójka zobaczyła scenę pod barem. On stał koło niej z jeszcze nie otwartą butelką rozcieńczonego etanolu w jednej ręce i opakowaniem neutralizatora smaku w drugiej. Jeszcze nic nie pili. Ona szczebiotała do niego. - Mam tego dość, koniec oszukiwania się. Mam gdzieś całe UNESCO. Cokolwiek będę w życiu robić, chcę być z tobą. Nic innego nie jest ważne. Latami próbowałam zapomnieć tamten nasz pierwszy pocałunek i ten dzień, gdy wszystko było takie proste. Szukałam różnych facetów. Ale ty postawiłeś poprzeczkę tak wysoko, że nikt nie potrafi jej dosięgnąć. Pierdolić konsekwencje, będziemy zawsze razem! W pokoju zaległa cisza.
- No dobrze, to nie był alkohol - to była chwila słabości. Jako kobieta mam prawo do wahań hormonalnych! - I owszem, dlatego nasza propozycja jest ugodowa. - To znaczy? Nie zrobicie z nas dawców spermy albo brzucha? - Seni powoli nie wytrzymywał idiotyzmu całej sytuacji. - Niech pan nie drwi z procedur programu odnowy rasowej! Resocjalizacja poprzez wykorzystanie genów przyniosła programowi wiele sukcesów! - Nie wątpię. Ludzie dla nauki, a nie nauka dla ludzi - dał poznać po sobie skrajne rozgoryczenie. - Jak może pan tak uważać! Plan odnowy rasowej jest potrzebny ludzkości! - To ja nie jestem człowiekiem? - Nie odmówiłem panu człowieczeństwa. - Ależ tak! Nie mogę kochać i być kochanym, bo moja wybranka bardziej przypomina Szkota niż Masaja. Nie mogę sam dokonywać wyborów, bo przydzieliliście mi religię, kulturę, społeczność. Wreszcie nie mogę się wysikać, by nie czuć kamer na moim penisie! - Seni, przestań! - przerażonym głosem Alice przerwała wywód. Policjant zignorował dziewczynę. - Pana przodkom ten tryb życia nie przeszkadzał. - Mój przodek dwieście lat temu miał jedną żonę, telewizor i żył w bloku. - A wcześniejszy miał namiot, a w niej kilka żon. - Nic nie wiecie o tamtych czasach! Wasze, a przez to i nasze rasy oraz kultury to wymysł naukowców, którzy zbierali po wielu kataklizmach XXII wieku resztki wiedzy o przeszłości. Nie mają nic poza nadzieją, że tradycja i obyczaje miały także swoje podstawy w genach. A figa z makiem! Nie mam nic ze swojego przodka poza wyglądem. - Niech pan się uspokoi! Nasłuchał się pan wymysłów organizacji, które obrzucają nas błotem. Nie ma pan żadnych podstaw, by takie teorie upowszechniać i głosić! - Mam podstawy. Mam siebie. Policjant wyjął z kieszeni paralizator. Nim Alice zdążyła zareagować, Seni nieprzytomny leżał na podłodze.
-Pani Lukey, wydaje się pani być rozsądniejsza od swego kochanka. Może z panią się jakoś dogadam. - Seni leżał już od kilku minut spokojnie na łóżku. - Czy chce pani komplikować swoją sytuację? - Nie. - Alice ze strachem przerzucała wzrok z paralizatora u boku policjanta na nieprzytomnego przyjaciela. - Dobrze. Niech pani się nie boi. Kolega się niedługo obudzi. Nic mu nie będzie. Po prostu rozmowa z nim była bezcelowa. - Alice pokiwała głową na znak, że rozumie. - Dobrze. Więc sprawa jest prosta. Musi pani podpisać kilka papierków, które potem podpisze też pan Senkale. - A jak on nie podpisze? - Proszę się nie przejmować. Nie będzie miał powodu, żeby nie podpisywać, prawda? - No... chyba tak. - Dobrze, pani musi zapomnieć o tym, co się wydarzyło. - Oczywiście. - Czy pani się zabezpiecza przed ciążą? - Należę do grupy religijnej katolików, mamy od was zakaz zażywania hormonów i używania wszelkich środków antykoncepcyjnych. - No tak. Zapomniałem. U chrześcijan nie pozwalamy na sprzedaż tych środków. Ehh, większość religii w tych kwestiach jest dla nas kłopotliwa. - spojrzał w notatki - taaak, tabletki pani nie damy. Ale w ciągu kilku tygodni pani się zgłosi do ginekologa, rząd opłaci ewentualny zabieg. - Jak to? - zdziwiona Alice przypomniała sobie od najmłodszych lat wpajane przykazania. - Aborcja? - Tak. Zabieg, potem spowiedź. Mamy księży, którzy rozgrzeszają w takiej potrzebie. - Że co?! - Nieważne, załóżmy, że nie ma pani wyboru. To nie grzech. Nie pani podjęła taką decyzję. - Policjant sięgnął ręką do paralizatora - Zostawiamy tę kwestię, tak? - Tak - z trudem powiedziała Alice. - Dobrze, po zabiegu dajemy pani dokumenty i przenosi się pani do Miasta Anglojęzycznego. - Przecież jestem w takiej dzielnicy! - Tak, ale umowy, które pani podpisze zobowiążą panią do zerwania kontaktu z niejakim Sekale Sekale. Nie możemy pozwolić na zagrożenie ponownym zbliżeniem. - Ale jak to?! Nie możecie mnie do tego zmusić! - Ależ wręcz musimy. Prawo nakazuje ingerencję w podobnych sytuacjach. Cóż, walczymy o wielką sprawę. Wy tak naprawdę jeszcze nic nie rozumiecie, macie ledwo dwadzieścia lat. Za dekadę będziecie nam dziękować za uratowanie czystości genetycznej. Każde z was może liczyć na wysoką pozycję społeczną i dobrze płatną pracę. Jesteście jednostkami z najlepszych linii i chowów. UNESCO będzie dbać o was, by nie stracić wartościowej linii... - ... do momentu, w którym stracimy zdolność rozpłodową. Zapomniał pan tego dodać. - Niech pani nie powtarza banialuków tego młodocianego idioty! - Tak się składa, że idiota jest moim przyjacielem. - Myślałem, że da się z panią normalnie porozmawiać. - Ależ da się. Jak nie pogadamy, to mnie pan uśpi i wywiezie do Miasta Anglojęzycznego. Każdy głupi zna wasze numery. - To nie są żadne numery. Procedury służb UNESCO w sytuacjach wyjątkowych. - Jakkolwiek to nazwać, jeden shit. - dziewczyna spoważniała i przez chwilę się jakby wahała przed powiedzeniem tego, co chodziło jej po głowie. Wreszcie wyrzuciła - Chcę być z Seni. Co mam robić?
- Mamo, mamo! - rozległ się krzyk siedmioletniego Seniego jr. - a dziś w szkole to malowaliśmy farbami! - I co takiego namalowałeś? - A nic... Tylko... - Co jest? - No bo... ja nie wiem, czemu ja jestem czarny, a Katie biała. Wszyscy powinniśmy być jak Daniel. Tacy... żółtawi czy brązowi. Alice zatkało. Spojrzała srogo. - Ktoś znowu coś wam nagadał?! Kto to?! Powiedziałeś wychowawczyni? - Nie, bo nikt nic nie mówił. Mieszałem farby. I z nami coś nie tak jest. Daniel tak ostatnio mi powiedział. I chyba ma rację. - odwrócił się i pobiegł do pokoju, pobawić się z Katie. Alice została sama. Nieruchoma, wpatrzona w przestrzeń.
- Kochanie, ostatnio mnie to wszystko znowu przytłacza - dla Alice nadeszła kolejna bezsenna noc. Seni, pobrużdżony wieloma zmarszczkami - zbyt wieloma, jak na swój wiek - siedział na krawędzi łóżka i patrzył w ziemię. - Chodzi ci o tę kolejną kobietę? Przecież wiesz, że muszę powiększać swój harem, m u s z ę. - Nie, ona nic nie znaczy. Bałam się, nim ją poznałam. Teraz czuję, że nic z jej strony nam nie grozi. Współczuję jej, nic więcej. Seni odwrócił się do niej i pogłaskał po ręku. Tak samo, jak piętnaście lat temu. - Więc w czym problem, Alice? - Dzieciaki... Zaczynają widzieć. Katie jeszcze jest za młoda, ale chłopcy odbierają pewne sygnały. Jak, do cholery, mam powiedzieć juniorowi, że nie jestem jego matką?! - łzy spłynęły jej po policzkach. Przez szloch ledwo mówiła dalej - Gdy podpisywałam te wszystkie papierki, myślałam tylko o nas. O miłości. Uczuciu. Emocji. Może to był błąd? Nie możemy mieć razem dzieci, musimy być dawcami genów... W dodatku coraz trudniej dzieciom wytłumaczyć zwiększającą się ilość "niań"... - Kochanie. Mamy Daniela. On jest nasz. - odpowiedział Seni, jakby sam siebie chciał przekonać do tego, co mówi. - I dlatego reszta może się czuć w przyszłości poszkodowana. Poza tym on poznaje właśnie wielką ideę ras w szkole. Niedługo dowie się, że jest... pomyłką programu. - Nie jest żadną pomyłką programu! Jest początkiem nowego programu - naszego.
- Pani dyrektor, mamy problem. - Znowu ulotki? - od kilku miesięcy ktoś rozprowadzał po internatach ulotki przeciw UNESCO. Czemu ci głupcy nadal przychodzą z tym do mnie? Przecież już ustaliliśmy procedury! - No właśnie nie. Pięciuset studentów właśnie pali swoje książki "Odnowa genetyczna w praktyce urzędniczej". Niejaki Daniel Senkale wypożyczył wszystkie egzemplarze z biblioteki studenckiej i wrzucił je do ogniska. - Zgasić ogień! Sprawę uciszyć! I dawać tu tego Senkale! - Nie do końca możemy. Ojciec jego dał mi kopię wniosku, który podał do prokuratury. Oskarża szkołę o dyskryminację rasową. Daniel S. i jego koledzy są w stanie zeznać, że pani publicznie nazwała go "Pieprzonym mieszańcem" i uderzyła go w twarz. - Ależ to nieprawda! - Wiem. Ale jest pięćdziesięciu trzech świadków. Poza tym... sprawa jest w telewizji.
- Tato, zobacz! Rozruchy na terenie całego kraju! Już jutro będziemy wolni! - piwne oczy Daniela świeciły, gdy patrzył w ekran telewizora. - Nie. Nie jutro, Danielu. Za setki lat. A o odnowie rasowej zapomną dopiero twoje wnuki.
Konkurs na najseksowniejszego polityka (patrz: dół postu, jeśli nie chce Ci się czytać)
Wybierz swojego Ministra! Aby móc wziąc udział w głosowaniu, wystarczy wysłać imię i nazwisko ulubionego członka rządu pod numer 7*** (koszt SMS-a 2,00+VAT)! Dla Was też są nagrody! Spośród wysyłających SMS-y wylosujemy zwycięzcę, który będzie mógł sobie zrobić zdjęcie z Ulubionym Ministrem do Gazety W.!
Tak mniej-więcej widzę sens coraz to dziwniejszych sondaży, króre wręcz już nudzą częstotliwością, a przerażają bezsensem istnienia. Skąd ma dezaprobata?
Spośród ministrów obecnego rządu najwięcej Polaków dobrze ocenia
premiera Donalda Tuska – wynika z sondażu GfK dla „Rz”. Tak uznało 60
proc. badanych.
Powody do zadowolenia ma też minister spraw zagranicznych Radosław
Sikorski, 0 którym pozytywnie wypowiadało się 55 proc. ankietowanych.
[...]
Żaden z pozostałych członków rządu nie dostał pozytywnych ocen od większości ankietowanych.
[...]
–
Połowa tego rządu jest Polakom kompletnie nieznana. To premier poniekąd
zastępuje cały rząd – mówi prof. Ireneusz Krzemiński. – Zapytany o
Grada, nie wiedziałem, kto to jest –dodaje.
(źródło: www.rp.pl)
Ktoś mi kiedyś wspomniał, że w Norwegii czy Szwecji (a może nawet obu krajach?) obywatele nie znają swoich polityków. Śmiem przypuszczać, że są w stanie przywołać program partii i choćby szczątkową wiedzę o jej dokonaniach, ale nie twarze politycznych liderów. Mimo to jako takokraje prosperują i dają sobie radę w trudnej kapitalistycznej rzeczywistości...
A w naszej szopce dowiadujemy się, że najlepiej pracującymi ministrami są ci, którzy najczęściej bywają pokazywani w kolorowym pudle oraz stercie gazet w kiosku. Byłabym tylko lekko niezadowolona, gdyby ta sytuacja była wstydliwie ukrywana, a głupota opinii publicznej choć trochę mniej wysławiana. Ale ostatnie zdanie, opinia profesora, udowadnia, że zgodziliśmy się na wybory miss i mistera rządu, miast czekać na jakieś rezultaty pracy tych, co łowi gazeta Fucked na wakacjach, w sklepie, a najlepiej gdziekolwiek, byle nago.
Uwaga! W takim razie ogłaszam konkurs na najseksowniejszego polityka Rządu Donalda Tuska!
Dwie perełki, które znalazłam w czeluściach internetu:
Premier powiedział, że odrzuca zarzuty opozycji o tym, że minęło 100 dni, a wciąż nie ma irlandzkiego cudu. - Tylko ktoś o bardzo złej woli może może żądać zrealizowania wszystkich zobowiązań wyborczych w ciągu pierwszych 100 dni. To tak jakbyśmy po 100 dniach zapytali liderów PiS-u, gdzie są trzy miliony mieszkań. (Źródło: gazeta.pl)
O co chodzi? Ano o to, że Czcigodny Pan Premier właśnie nam uświadomił, że cud gospodarczy jest niemożliwy do zrealizowania. Porównując cud do trzech milionów mieszkań, postawił znak równości między obiema obietnicami. A z tego co pamiętam, obietnicę PiS-owską uznał swego czasu za nierealną (pomijając to, że ocenił ją jako niemalże śmieszną)...
A to dwa cytaty, które się pojawiły tego samego dnia na www.rp.pl, co prawda w innych artykułach, ale bardzo mi się spodobała logiczna relacja między tymi dwoma zdaniami a posteriori (broń Boże, nie są to zdania wyrwane przeze mnie z kontekstu!):
1. Mamy najtańsze leki w Europie – mówi Wiesław Latuszek z wydawnictwa Medycyna Praktyczna.
2. Nie można zapomnieć, że nasi pacjenci za leki płacą najwięcej w Europie - podsumowała Kopacz.
Wplątawszy sie po dłuższej przerwie znów w sieci internetu, zajrzałam w zakamarki naszej po(li)tyczki. Po kilkunastu artykułach informujących mnie o pierepałkach i sporach na szczeblu międzynarodowym, narodowym, samorządowym i pewnie też sąsiedzkim (oczywiście sporach jak najbardziej mnie dotyczących, przejmujących i istotnych dla losów całego świata!), trafiłam na jedną perełkę dotyczącą (wreszcie!) projektu ustawy opracowywanego przez nasz postępowy, liberalny rząd...
"Posłowie zajmą się w marcu ustawą o ograniczeniu palenia" Jakże mi miło się zrobiło, że posłowie od marca będą się zajmować. Nie żebym ich oskarżała o to, że się teraz nie zajmują. Zajmowanie to jednakowoż nieodłączna czynność naszego życia. Trzeba na przykład zająć miejsce w Sejmie, a także wysoką pozycję w rankingu najczęściej pokazującej się w mediach partii. Ja też w marcu wiele rzeczy chcę zacząć robić. Będę więcej pracować, oszczędzać, a na pewno rzucę palenie i dzięki temu nasz świat będzie piękniejszy, ludzie nie będą chorować na astmę, na raka płuc, a zduszone społeczeństwo odetchnie świeżym powietrzem. A po chwili się zacznie dusić jakimś odorem. Wonią Postępu.
Niestety, skłamałam. Nie rzucę palenia i świat nie będzie wspanialszy. Nie rzucę, bo już nie palę. Świat nie będzie wspanialszy, gdyż ktoś go kastruje.
A teraz trochę fantazji... Wstaję sobie rano i widzę za oknem błysk promieni słońca, błękit nieba, słyszę śpiew jakiegoś zabłąkanego w warszawskiej metropolii ptaszka, czuję się wyspana i wypoczęta, zadowolona z życia, bo nadeszła sobota, dzień wolny od obowiązków. Przeciągam się leniwie, patrząc w szparę między firankami i uśmiecham się do swoich myśli. Ale chwilę później uśmiech znika z twarzy, marszczki frasunku wpełzają na jego miejsce, jakiś nieokreślony lęk i smutek gasi światło oczu. Czemu? Bo w tych właśnie warunkach budzi się we mnie podłe zwierzę, zbój, wróg społeczeństwa, łotr deprawujący dzieci, na pewno potencjalny zabójca! Krąży po głowie myśl zuuuaaa. Niczym Raskolnikow, całkiem poważnie rozważam zbrodnię: spacer z piwem i papierosem! Zgroza! Ręka mi drży na samą myśl o potencjalnej nieprawości swojej, do jakiej mogę doprowadzić!
I wtedy gdzieś do świadomości dochodzi iskierka prawdy - podobno jestem człowiekiem wolnym, a wolność moja zapisana została w Konstytucji, a także w samym akcie mojego stworzenia. Podobno jestem na tyle mądrym człowiekiem, że można mi zaufać, w końcu dokonał tego sam Najwyższy. Jednak nikt inny tego nie potrafi. Nikt nie potrafi uwierzyć, że popijając 7-procentowy alkohol i paląc zwitek tytoniu nie stanę się seryjnym mordercą, a nawet nie przyczynię się do czyjegoś uszczerbku na zdrowiu (poza swoim, ale - wybaczcie! - JA o sobie chcę decydować!). Gdzie sens, gdzie logika?
Czekam tylko na moment, gdy mi zakażą wyjść na ulicę, jeśli będę przeziębiona. Oddechem mogę rozdawać zarazki, a uśmiech w tramwaju może się okazać wyłącznie okazją na oddanie kilku tuzinów bakterii bądź wirusów, które zaszkodzą drugiemu człowiekowi. Gdy tylko moje wyziewy zostaną oskarżone o potencjalne atakowanie żyjątkami układu immunologicznego mojego sąsiada, przydzielą mnie do izolatki na kilka miesięcy.
I tu mnie Postęp (przez duże P!) zaczyna przerażać, gdyż przypominam sobie wzburzenie pewnej osoby publicznej, gdy pedagog zabił swojego podopiecznego. Morderstwo, zwłaszcza dokonane na niewinnym dziecku, jest i dla mnie niewybaczalne, lecz nie o tym mowa. Komentator stwierdził, że należy robić testy psychologiczne dla przyszłych pedagogów, by zapobiec takim wypadkom. I nagle oczami wyobraźni zobaczyłam setki ludzi, którzy mają powołanie do zawodu, panują nad sobą i swoimi emocjami, ale odkryto u nich akurat taki układ cech, który sprawia, że są potencjalnymi mordercami, zboczeńcami, okrutnikami i nie mogą do dzieci się zbliżyć. Jako że mam trochę z psychologią wspólnego, nie zawierzałybym nawet najlepszym testom aż tak, by komuś niszczyć życie. Tym bardziej, że jak ktoś chce oszukać test psychologiczny, to zrobi to z łatwością. A klucze odpowiedzi będą krążyć po internecie i mnożyć idealnych pedagogów w każdym zakątku kraju.
Dokąd system dąży? Dlaczego, stojąc na wspólnej Ziemi, nie będę mogła zrobić czegoś, co mi sprawi przyjemność, a nie ugodzi w godność sąsiada? Dlaczego nie mogę sama o sobie decydować?
Mnożymy przepisy na papierze, które i tak niewiele dadzą. Człowiek mądry potrafi żyć (w tym przypadku palić papierosy) tak mądrze, by innym życia nie zakłócać. Człowiek głupi tak czy siak zrobi swoje, łamiąc przepisy. Powstaje kolejna góra papierów, która tylko marnuje drzewa amazońskie, a lepiej by się one przydały do produkcji papieru toaletowego...
Ale Postęp tłumaczy wszystko. W imię Postępu już wypieramy się sensu tworzenia prawdzwej rodziny (kariera, kariera, kariera!), wypieramy się wiary w Boga (przecież zostało dowiedzone nałókowo, przepraszam naukowo, że nie istnieje!) i nie widzimy, jak tracimy wolność. Choć może to wszystko brzmieć banalnie, zbyt emocjonalnie, ale właśnie do tego dążymy - poddajemy się pracy, rynkowi, trendom zachodnim, zapominając o naszej małej Ojczyźnie, o która walczyliśmy. Teraz zaprzepaszczamy ją, pozwalając na mentalną okupację Postępowego i Najlepszego Zachodu z UE i USA na przodzie. Naśladownictwo i kiwanie głowami to nie jest, wbrew powszechnej opinii, liberalizm.
Z tym oto pozytywnym akcentem żegnam wszystkich i życzę miłego dnia. A ja idę popełnić zbrodnię z piwem w ręku na ulicy.
No cóż... popełniłam wierszoklectwo. Jest 6:01 na moim zegarku. Rano. A ja nie spałam. Nie chciałam. A wierszoklectwo w półswiadomości powstało, bo brak snu troszku ogranicza skomplikowane zdolności umysłowe. Choć śmiem twierdzić, że coś mnie wwaliło w inny stan świadomości, niekoniecznie niższy, a na pewno twórczy. Nie mogę pić kofeiny. BPD.
Muszę się szczerze, ale i nie bez wstydu, przyznać, iż zasmakowawszy swego czasu naszej polskiej, swojskiej, kupionej na pewnym stoisku, "bułki z szynką" nie zdziwiłam się brakiem samej szynki.
Nie wiem, czy to przeczucie, czy chowane i rozwijane od lat w naszym kraju odruchy sprawiły, że już przed rozwinięciem pożywienia z opakowania naszła mnie myśl: "a nuż w środku szynki nie ma?". Jakem pomyślała, tak i się stało. Pierwszy lepszy rzekłby - lepiej nie myśleć, bo się wykracze. Lecz ja pierwszą lepszą nie jestem i stąd moje myśli (nie wiadomo w ogóle czemu) powędrowały o wiele dalej - może to jednak wina kraju?
Cóż, narzekać długo na kraj nie będę, bo wychodzę z założenia, że te stereotypy powtarzają się na całym świecie - mniej lub bardziej ukryte, podobne i podobniejsze do naszych, ale istnieć - istnieją i temu zaprzeczyć się nie da.
Wracając jednak do tematu kraju mojego - biednyj ten mój kraj, oj biednyj, bo człek przeciętny prosząc o bułkę z szynką, dostaje ją, ale pozbawioną tego upragnionego kawałka mięsa, do którego my - szlachecki naród - przyzwyczajeni od młodości najwcześniejszej. Tak i przychodzi nam - krajowi inteligenckiemu i wykształconemu ponad miarę wybierać równie inteligentnych ludzi jako reprezentację i władzę, którzy następnie okazują się niczym ten stary ser zamiast szynki. I tak Minister Edukacji Narodowej, opiekun wiedzy i rozwoju jest pozbawiony wiedzy i wewnętrznej chęci rozwoju, a Prezydent reprezentujący nasze państwo nie ma w sobie żadnej krzty reprezentatywności.
Nie wiem, czy to przeczucie, czy zasady pielęgnowane od najwczesnej młodości, ale dziwnie bez wiary prosiłam o zaradność i rozwój, oczekując dalszej stagnacji i zrzucania odpowiedzialności.
Miałam długo nie narzekać, ale chyba odwdzięczam się za bułkę z szynką. Macie i Wy swoją bułkę, z czymkolwiek zechcecie. Niech to będzie dla Was kinder - niespodzianka. A ratunku przed załamaniem szukajcie wśród innych konsumentów, którzy tak jak i Wy z upragnieniem szukają choćby włókienka uwędzonego specjalnie dla nich.
Życie musi być odpowiednio przyprawione. By móc jeść je łapczywie, garściami, bez ustanku, czekać z niecierpliwością na następny kęs, by nie było w nim żadnego ziarenka goryczy, które nagle zepsułoby smak.
Absurd.
Bóg jest słabym kucharzem. Wrzuca wszystko, co mu do wszechmocnej ręki wpadnie.
Jeśli On istnieje.
Tak czy inaczej, ja swoje wiem – moje życie jest za słone.
Zbyt wiele razy przesoliłam zupę – smak nie do naprawienia. Dlatego codziennie tylko w wyobraźni realizują się moje największe pragnienia. Obrazy, które chciałabym kiedyś zobaczyć, z twarzą promieniejącą… szczęściem?... spełnieniem?
Mąż. Męża ze spadochronem na plecach wypchnęłabym z samolotu. Najlepiej, jakby ów spadochron się nie otworzył. Zapasowy mógłby. Niemal patetyczne: krew coach potato znów poznałaby smak adrenaliny. A może zapasowy też nie powinien zadziałać? Przynamniej nudziarz śmierć miałby godną, jeśli nie życie. Wystarczy jedno spojrzenie na tego człowieka w fotelu, by uwierzyć, że w jego wykonaniu szydełkowanie byłoby sportem ekstremalnym.
Haha! Czasem jednak wierzę w jego wielką siłę życia. Pamiętam jego marzenia o rajdach wyścigowych. Może by mu się teraz udało nawet wygrać… wyścig na fotelach bujanych… Palant.
Często myślę, że Matce mogłoby odebrać głos. Żeby tak nie trajkotała o moich dzieciach, moim domu, moim mężu, moim praniu, moim niesfornym kosmyku, moim zawodzie, mojej przeszłości, mojej przyszłości i mojej zas*anej teraźniejszości, która wydaje się być JEJ teraźniejszością, a moją nicością i niedołęstwem.
Tak – raz powinno jej odebrać głos. Raz a dobrze. Przed kolejnym „kur*a” w jej niesfornie ułożonym zdaniu, lecz wypowiedzianym tak, by wulgaryzm był ciosem prosto w serce, a nie marnym wyzwiskiem pozbawionym podstaw.
Biedactwo, moja biedna Mamusia, umarłaby na zawał serca, nie mogąc nic powiedzieć… Na karetkę trzeba by zadzwonić 15 minut po rozpoczęciu ataku, żeby ratunek przypadkiem nie przyszedł na czas. Genialne! Moje.
Szefa chciałabym zamknąć w szklanym akwarium 2m x 1m x 1m. On przecież tak tęskni za odpoczynkiem. Bo zalatany jest podobno. I wdzięcząc się fruwa codziennie do swojej sekretareczki, która mu ssie w biurze. Oj tak, zobaczyć, jak z miną chomika szuka dziur w szybie szklanej pułapki. Jak szuka tam, gdzie ich nigdy nie znajdzie. Pragnę ujrzeć tą chwilę całym swym sekretarczym sercem. Bym mu stukała w szybkę palcem, którym tak często rozpinam mu rozporek. Ja – jego sekretareczka. D*pa wołowa, co marzy o niemożliwym.
Ale chyba najbardziej marzę, by spotkać Świętego Mikołaja i ukręcić mu brodę za to, że oszukiwał i udawał, że istnieje.
Siebie chciałabym zobaczyć otoczoną wszystkimi ludźmi, których od czasu do czasu nienawidzę. Żeby obdzierali mnie z moich własnych kłamstw, jak ze skóry. By rzucali kamieniami, aż obrzydliwa prawda wyjdzie na jaw. Aż moja chęć zemsty za wszystko i za nic oraz za to, że żyję, umarła wraz z ostatnim moim tchnieniem. Chciałabym słyszeć ich śmiechy pełne poczucia wolności i jednocześnie pogardy dla mnie. Chciałabym pozostać świadoma na zawsze, by czuć każdy kolący ból wyzwiska. By zrozumieć, że tych ludzi koch…
Proszę, niech ktoś mnie ukarze za własne myśli!
Dzieciom… Dzieciom chciałabym powiedzieć, że życie ma wspaniały smak.
Hmm... a to opowiadanie, które swego czasu napisałam. Zamieszczam je tutaj po ostatnich wydarzeniach, bojąc się, że gdzieś sginie w czarnej otchłani internetu ;)
Sklep był jak zawsze pełen stałych alkoholowych
klientów. Alicja chodziła z kąta w kąt, co jakiś czas odganiając się od
nich jak od much.
- Nononoo, Ala! Toć ty wiesz, że my do Ciebie ze sercem, a ty jak zawsze wrzeszczysz!
- Bo sklep zaraz zamykam, wynocha mi stąd!
- No toć Alaaa…
Wszyscy dobrze wiedzieli, że okna w sklepie będą jeszcze świecić
przez co najmniej godzinę i znaczyć w ciemności drogę do wiejskiej celi
więźniów własnego ja. Alkoholicy ze zniszczonym pijatykami organizmem i
jednocześnie życiem. Ludzie, którym już nic innego nie pozostało poza
odkorkowaniem kolejnej butelki.
- Głupi! Mózgi wam już wyżarło!
- Ala, a po co mózg! Mam butelkę, mam życie!
- Jo, do domu byś poszedł, Twoja żona to ma życie. Przez duże Ż.
- Ala, po co mu do domu? Do starej?!
Cały sklep zatrząsł się od gromkiego śmiechu pijaczków. Nikt we
wsi nie wiedział, czemu Ala znosiła to pijackie gadanie, często
obraźliwe słowa rzucane jej w twarz. Każda kobieta zniszczona życiem w
Karolinówce miała dość jednego takiego chłopa dziennie. A tamta,
Karolakówna, już 20 lat pracuje w sklepie i z roku na rok coraz dłużej
w nim siedzi.
- A niech se siedzi! Ja w domu mam spokój! – baby mówiły.
- Eee, mój to może i by w domu siedział, gdyby ten sklep zamknęli i
ta babę wyrzucili. – odpowiadały inne - Dobrze, że Karolak nie żyje
już, bo by się za córkę wstydu najadł.
Co głupsze to mówiły, że Karolak już kiedyś próbował się odkopać,
żeby Alce powiedzieć coś do słuchu, ale zmarzlina w ziemi była. Oj,
nikt Aleczki nie rozumiał…
Sama od dzieciństwa, dość brzydka. Czuła, że jest głupia chłopka,
której nikt nie chce. Nagle sklep po wuju przejęła, interes nietrudny,
ludzi sporo, a z czasem i autorytet wśród nich miała. Sprzedawała,
doradzała, czas jakoś leciał, życia nie było żal. A wieczorami… czuła
się jak diwa. Panna, która rzucała męskimi sercami o ziemię, nadal
mając ich za wielbicieli.
Nawet nie myślała nad tym, jak fałszywe jest to zdanie o sobie
samej. Ale czy na pewno fałszywe? Wszyscy uważali ją za nieudacznicę,
część, że się pijaczkom za sklepem oddaje, plotki najróżniejsze
chodziły, a każda nieprawdziwa. Ala była sobą i była szczęśliwa.
Spełniła swoje marzenia, które innym wydawały się straconym życiem.
Czuła się wspaniale wśród straceńców losu, wędrujących po krawędzi
życia i śmierci, człowieczeństwa i upodlenia, budzących i nienawiść i
współczucie jednocześnie. Wysłuchiwała ich ponurych słów, historii,
żartów, które stanowiły tak naprawdę gorzką prawdę o ich całym życiu.
- Alciu, weź mnie przenocuj w sklepie, tam, na kartonach.
- Już ci łożę robię i jeszcze pierzynę przynoszę… No coś Ty,
Marian, oszalał? Wódkę mi całą ze sklepu wypijesz i jeszcze mi co
ukradniesz! A Marta ploty po wsi rozniesie, żeś na noc nie przyszedł i
żeś we sklepie został!
- Alciu, toć proszę, nie zrobię nic. A Marta to się ucieszy nawet…
- Marian, nie wygłupiaj się! Na noc do domu wracać trzeba.
- Bo ja nie chcę, bo Marta jak zawsze dobra będzie i złego słowa
nie powie, dzieci położone, ona już rozespana, a mnie, starego pijaka
pod ramię do pustego łóżka zaprowadzi. Jak Janeczka moja umarła, to
teraz dzieciakom ja niepotrzebny, one beze mnie by lepiej żyły.
Aleczko…
- Marian, Marian… Weź ty idź do domu, wykąp się i zapomnij o
piciu. Taka rada. Ja ci nie pomogę, a ty sam masz mało sił. Jak inaczej
potrafisz, spróbuj.
- Ja potrafię! Słaby nie jestem! Co Ty Alka wygadujesz! Zobaczysz, zobaczysz! Więcej mnie tu nie ujrzysz! Więcej pić nie będę.
Alka była pewna, że Marian wróci. Czekała, czekała… I się nie
doczekała. Widziała, jak Marian wieczorami nadrabiał te kilkaset
metrów, żeby pójść do Gołąbieskiego. Zamykał dwie godziny wcześniej, ze
sklepu wyganiał, ale Marian dumę swoją miał. Jak obiecał, tak nie
przyszedł.
Było po 20:00. Dziś wszyscy powracali do domu wcześniej, gdyż
wielkimi krokami zbliżała się Wigilia. Światełka w oknach wesoło
iskrzyły się. Ala też czuła magię świąt, gdyż właśnie kończyła wieszać
ostatnie lampki na wystawie. Nie pozwoliła sobie na sztuczną choinkę,
choć dobrze wiedziała, że w sklepie taką wygodniej utrzymać. Jak co
roku, tak i teraz kupiła specjalne, nowe światełka, by choć w te kilka
dni roku nie czuć tandety budyneczku zbudowanego jakby z tektury.
Gałązkami świerku przykryła wielką plamę grzyba, który wyrósł w ciągu
ostatnich dni. Ściany przemiękły grudniowym deszczem i śniegiem,
ostatnie dodatnie temperatury pogorszyły stan konstrukcji. A grzyb
robił wesołą ucztę w każdym możliwym miejscu, w którym utrzymywała się
wilgoć.
Alicja już kilkakrotnie marzyła, że przeniesie sklep do swojego
domu. Miałaby bliżej. Poza tym to był dobrze zbudowany dom. W zeszłym
roku nawet go ociepliła, bo uciułała trochę oszczędności przez kilka
lat. Tego lata przecież nawet miało już dojść do przenosin. Dała wódkę
Antkowi, Andrzejowi i jeszcze komuś. Za to mieli przenieść. Ale chamy
upili się i tyle ich widziała. Za karę nie dawała nic na krechę przez
miesiąc. W przyszłym roku zrobią – mówiła do siebie naiwnie każdego
wieczora, gdy o tym myślała.
- Alcia! Alcia! Jesteś tu?! Aleczka!
- Marian?! Marian, co Ty tu do cholery robisz?! Przez pół roku
udajesz, że cię na bożym świecie nie ma, a teraz do mnie Aleczka?! A
won mi stąd, draniu nieskubany! Nie widzisz, że zamknięte, że sklep
stroję? Bałwana takiego jak Ty to ja na wystrój nie potrzebuję!
- Aleeeczka… Toc ja ci obiecałem, że nie przyjdę, to nie przyszłem! no toć kobieto, spójrzże na mnie!
- Czego?
- Nooo, ja ci chciałem ślubować… Bo się Nowy Rok zbliża, to ja tak przez ten cały czas myślałem, że ja cos dla Aleczki zrobię!
- A idź, ślubować mi tu będziesz, jak ostatnio! A wódką ci jeszcze gorzej z gęby śmierdzi niż zazwyczaj!
- Ala! Śmierdzi, nie śmierdzi, ja ci prawdę chcę powiedzieć! Ja, ja
cię kochałem! ja piłem i myślałem o Tobie, królewno! Ty mnie chcieć nie
będziesz, bo wieś się obrazi, żem o Janeczce zapomniał, a na ciebie,
żeś mnie wzięła. Ale ja dla ciebie spełnię, co obiecałem! Ja pił nie
będę! I będę do ciebie do sklepu przychodził, żeby dzieciakom słodkie
kupować. Ala… ja dla ciebie tak zrobię.
Nie wiadomo, czemu los tak dziwnie się ułożył. Normalnie Ala by
się zaśmiała albo nawet uwierzyła, a świat dalej popychałby życie z
dnia na dzień, ku wiecznej nieskończoności. Już zawsze stałby ten
sklepik, Alka wrzeszczałaby na Jędrzeja lub Jarka, baby by przychodziły
i ciągnęły mężów do domu jak krnąbrne psy na smyczy. Ale los chciał
inaczej.
- Alka, zobacz, klękam na ulicy przed tobą, abyś mi uwierzyła!
Alka już nie patrzyła na Mariana. Widziała tylko samochód jadący w
stronę klęczącego, który w swym pijaństwie nie mógł zauważyć, co się
dzieje wokół. Zeskoczyła z krawężnika, szybkim ruchem odepchnęła
ciężkiego chłopa. Był chyba trochę za ciężki. Nie łatwo było go
odepchnąć i samemu uciec…
Na ulicy leżało ciało, samochód z włączonymi awaryjnymi i Marian
ze złamaną nogą, ogromną łzą spływającą po czerwonych policzkach. Pół
wsi stało już wokół, nim przyjechała policja, pół wsi gadało, co się
działo - że słyszeli jakieś krzyki i wrzaski.
- Pewno Marian burdę zrobił albo Alka głupia z drabiny spadła, jak lampki zakładała!
Kilka godzin było po wszystkim. Sprzątnięto ciało, Marian pojechał
do szpitala, właściciel zrozpaczony wydarzeniem wrócił do domu. Okazało
się, że jechał na Wigilię. A tak poza tym – zgubił drogę. W ciszy
wieczoru, nim wszyscy się zeszli słychać było mówione w szoku „Ja nie
miałem jechać tą drogą…”.
Każdy znał już najnowszą wieść. Szeptano o tym przed Wigilią. Ale
gdy wszyscy zasiedli do wigilijnego stołu rozmowy ucichły, gdy święty
Mikołaj przyszedł, zapomniano o wszystkim, a po rozpakowaniu prezentów
śmiechy pełne radości rozbrzmiewały w całej miejscowości.
I dopiero 27, gdy wszystko wróciło do normy, czegoś chłopom
zabrakło. Wrócili do domu wcześniej, ale bardziej pijani, może nawet
smutniejsi. Szeptali, że na pogrzeb pójdą.
Tylko jeden Marian nie szedł w pochodzie od Gołębieskich ze sklepu. Przenosił regały i półki na małym wózku do swojego domu.
- Marta, zrób sobie sklep. Żebyś miała życie piękniejsze.